Logo Joga Gliwice
Artykuł na temat psychosomatyki
Psychosomatyka
Psychosomatyka
  • Psychosomatyka
  • Brzydki smutek, niemodne wątpliwości i ukrywane cierpienie 🌿

Brzydki smutek, niemodne wątpliwości i ukrywane cierpienie 🌿

Brzydki smutek, niemodne wątpliwości i ukrywane cierpienie

Jako nastolatka pisałam wiersze. Wierszyczki.
Czasem wychodziły mi lepiej, a czasem gorzej.


Dość szybko zorientowałam się, że te najlepsze piszę, kiedy jestem smutna. Niezrozumiana, niepewna, odsunięta czy zagubiona. Ba! bywało, że zrozpaczona - pisałam pięknie!
Generalnie pisałam lepiej, kiedy stanowczo nie wszystko układało się tak jak powinno. Kiedy czegoś nie mogłam, nie miałam, kiedy świat mnie przerażał, kiedy postrzegałam życie z punktu widzenia braku. Kiedy się bałam tego, co dalej będzie. Kiedy czułam niepokój. Kiedy nie doganiałam rzeczywistości, kiedy się zatrzymywałam w niepewności i pozostając z tyłu, zepchnięta z boku głównego nurtu wydarzeń… widziałam rzeczywistość inaczej - bo z dystansu.


Fakt - to był inny świat. Obszerniejszy i cichszy taki. Mieścił więcej.
W nim jakoś mieściło się bycie smutnym czy wrażliwym. Smutku i szarości w świecie tym i owszem było sporo - więc ten nasz smutek nie kuł tak w oczy.
Wypadało też w tamtym świecie czuć. I to okazać. Tak normalnie.
Wypadało w tamtym świecie żyć: popłakać się w towarzystwie, wypadało nie lubić, wykrzyczeć co się naprawdę myśli, tupnąć nogą, tęsknić nocami, być na maksa rozżalonym, być nierozsądną, pokokosić się w byciu niezrozumianym, obrazić się tak po prostu, rozmarzyć się totalnie i szalenie godzinami, leniuchować na kanapie bez celu czy wycofać się poddając melancholii.


Można było to wszystko zrobić nikomu tego nie pokazując na zdjęciach!

Można było być niewypowiedzianym.
Można było się zapatrzyć.
Można było przeczuwać tylko.
Można było pobyć zagubionym przez chwilę najpiękniej.
Można było rozmyślać nad pytaniami.
Można było się nudzić.


W dzisiejszej rzeczywistości nie ma na te uczucia i stany miejsca.


W tej rzeczywistości stawia się na działanie, produktywność, wielozadaniowość, na aktywność, SPRAWCZOŚĆ, posiadanie i na możliwości.
Na posiadanie nieskończonych możliwości. Na ciągły rozwój. Na optymalizacje.
W tej rzeczywistości mieści się tylko parcie do przodu i osiąganie.
Mamy teraz w pełni świadomie, skutecznie i produktywnie budować się i swoje życie w każdej jednej sekundzie istnienia. Swoją drogą - jak jest z tym problem - kup aplikacje - ona odmierzy Ci czas pracy nad sobą.


Musimy zdobywać wciąż i wciąż nowe umiejętności, aktywności i cele. Cały czas musimy się rozwijać aby uczynić z siebie lepszy model.
Nie mamy tracić czasu na pytania - od razu zabieramy się za odpowiedzi. Wystarczy otworzyć komputer/internet, a wszystkie odpowiedzi znajdą się w mgnieniu oka.
Treść nie jest tak istotna - liczy się forma - to ją widać!
Musimy też zawsze wiedzieć dobrze czego chcemy i dokąd zmierzamy.


Bo przecież jesteśmy „KOWALAMI SWOJEGO LOSU”, prawda? To od nas wszystko zależy. Jesteśmy wolni i mamy wybór. Możemy wybierać ile się da.
Do tego „mamy kuć owy los” zawsze pozytywnie. Bez wątpliwości. Z trwałym uśmiechem na ustach maksymalizując wyniki bo tylko optymizm dobrze wychodzi na zdjęciach.


Mam jednak wrażenie, że niezliczona ilość opcji, niezliczone potrzeby aktywności w których żyjemy budują cały czas pewien trwały przymus ciągłego postępu i nieprzerwanych osiągnieć. Wieczną potrzebę działania i zmiany: płaszcza, pracy, partnera, kanapy czy choćby ust.
Wieczne zwracanie uwagi na powierzchowną formę powoduje, że staje się ona kluczowa. Istnieje bardziej.
Buduje owa rzeczywistość cały czas pewną subtelnie obecną presję rozwoju, postępu, wiecznej pozytywności, optymizmu i sukcesu. Tworzy ona trwały trend maksymalizacji siebie, optymalizacji swojego życia, pracy, męża, dzieci i swojego psa. Bo teraz nie są dość dobre.


„No bo dopiero jak się ulepszę stanę się „sobą”. Wreszcie!”


Więc z czasem wszechobecne możliwości czyli „mogę” zaczynamy powoli powolutku zamieniać w wewnętrzne cichutkie „powinnam”, a następnie bardzo często we wrzeszczące „muszę!”.
„Muszę” zamiast „mogę”. To kwintesencja naszej wolności jest…
Swoją codzienność zaś zaczynamy zamieniać w wypełniony po brzegi, produktywny co do sekundy i skrupulatny przepis na swoją lepszą, nową wersję.
Stawiane coraz to nowe oczekiwania i postulaty nie mają tu końca, a aktualizacje siebie, jak w smartfonie, stają się stałym punktem rzeczywistości - są wiecznie odrastające - jak trawa.
Nasz wewnętrzny poganiacz zaś przejmuje nad nami trwale kontrolę.


Tworzymy w ten sposób sobie sami najbardziej restrykcyjny, nielitościwy i opresyjny obóz koncentracyjny wiecznej pracy nad sobą, który niczym piekło nie ma końca.


Z czasem zmęczeni do granic możliwości tą histerią aktywności i pracy oraz nadmiarem pozornej tylko suwerenności, pozornej wolności wyboru powoli powolutku i niezauważenie stajemy się najgorszymi wrogami - samych siebie. Jesteśmy sami dla siebie strażnikiem, katem jak i ofiarą. Próbując wyprzedzić samego siebie stwarzamy wyczuwalne wieczne napięcie, trwały dysonans i jednocześnie nieznośny niedosyt.
Lub w najlepszym razie tracimy z sobą kontakt.


Albo brniemy w to, co narzuca nam świat bez opamiętania wyniszczając się do cna w owym samowyzysku, albo tracąc zdolność do tej wiecznej inicjatywy uciekamy z ulgą w chorobę, w używki, w apatię, w mentalną katatonię, w wypalenie, w głęboką trwałą depresje.
A jeśli jeszcze nie - to spędzamy caluśki weekend w piżamie próbując odespać życie.


Niestety w naszej rzeczywistości nie ma na te stany także miejsca. Nie ma tu miejsca na żadne negatywne zachowania czy niepozytywne uczucia.
Nie ma miejsca na przerwy!
Na choroby, cierpienie i ból. Są one „niepolityczne”i „niepoprawne”. Brzydko wystają z ramek rolki czy relacji - kwintesencji nowej rzeczywistości. Świadczą nie tyle o naszej słabości, co o naszej winie -„frajerstwie niewykorzystania możliwości”. Wyłamują się z szeregu prężnie prącego naprzód uśmiechniętego ideału.
Przycisk „nie lubię” w tym świecie przecież nie istnieje.


Nastąpiła jakaś trwała zmiana, trwała optymalizacja „pozytywności rzeczywistości” rodząca stygmatyzację tego typu „niedopasowania”. W świecie zredukowanym do aktywności i formy poczucie istnienia nie zawiera rzeczy typu: wątpliwość, smutek, niepewność, ból. Nie ma tu miejsca na żal, na żałobę i na melancholie. Nie ma miejsce na tajemnice, na złożoność i poetyczność.
Nie ma miejsca na zatrzymanie w nich. Na kontemplacje. Na przeżycie ich.
Liczy się tylko aktywność parcia do przodu.


Jeśli zaś - oczywiście z własnej tylko winy - my nieudacznicy doświadczamy takich staroświeckich brzydkich i niepozytywnych stanów - świat da nam odczuć, że powinniśmy natychmiast się z tego wyleczyć i naprawić. Poszukać profesjonalnej pomocy!
Wziąć leki, iść na terapię, do coacha, szamana, wróżki lub choćby na masaż.
Albo szybciutko zmienić myślenie! Tak - to wyjdzie taniej.


Nietzsche pisał, iż głębia duszy ludzkiej zawdzięcza swoją wielkość i siłę zatrzymaniu na tym co negatywne. Na przeżyciu cierpienia.


Smutek, wątpliwości, niepewność czy poczucie nienadążania to głębokie doświadczenia często związane z czasową utratą. Związane z brakiem, z pytaniem.
Z poszukiwaniem.
W świecie tak do cna materialistycznym, przesyconym formą i narzucającym tylko powierzchowne odpowiedzi, w świece w którym już w nic nie wierzymy, owe negatywnie pojmowane doświadczenia, owe cierpienie i zatrzymanie jest bodajże jedyną szansą na odszukanie osobistego znaczenia w życiu.
Smutek, choroba czy ból to jedyne szanse na zmierzenie się ze swoją faktyczną kondycją, ze swoją skrzętnie ukrywaną ludzką kruchością. To odkrywanie zdolności do poszukiwania sensu.


Viktor Frankl pisał, że „człowieka nie niszczy cierpienie, lecz bezsensowne cierpienie”.
Udając, że jesteś zawsze super a smutek, cierpienie w twoim życiu nie istnieje - odbierasz mu właśnie ten sens.


✍️ Iza Raczkowska


PS. A tak z mojej obserwacji współtowarzyszy podróży :„bycie kowalem własnego losu” wychodzi najlepiej tym którzy odziedziczyli kuźnię. Reszta musi sobie jakoś radzić.

Tagi wpisu