Artykuły

(artykuł ukazał się w magazynie JOGA, magazyn nr 5)

Żyjemy w społeczeństwie dla którego przedmiotem kultu jest rozum, intelekt. Już od najmłodszych lat kształceni jesteśmy w przeważającej większości pod jego dyktando. Pisanie, czytanie, liczenie, obliczanie i przeliczanie, matematyka, fizyka, przyroda i geografia, historia, język polski, angielski, niemiecki – ślęczymy od dziecka nad książkami aby pogłębiać wiedzę wszelaką oraz szeroko rozumianą erudycje. Jesteśmy pod tym kątem oceniani na każdym kroku. No bo przecież wypada zacząć szybciej mówić, czytać już jako czterolatek, mieć dobre stopnie aż po grób, skończyć renomowane uczelnie. Wypada być laureatem olimpiady z chemii, dyskutować o literaturze iberoamerykańskiej, recytować Szekspira w oryginale, być mistrzem scrabble, pasjonować się poezją francuską oraz w wolnych chwilach dla rozrywki przeliczać budżet narodowy Łotwy. Najlepiej byłoby też aby robić to wszystko szybko i prawie bezwiednie. Lubimy przodować w dziedzinie intelektu bardzo. Lubimy myśleć że myślimy…

Jesteśmy wciąż i wciąż obecni w naszych głowach. A co z ciałem?

W rozwoju cywilizacji wiedza była zawsze bardzo ważna bo warunkowała przetrwanie. Pewnie dlatego ciało od wieków było traktowane jako mniej ważne.  Fakt, że niektóre kultury  i religie manipulowały ciałem aby osiągnąć swoje cele – tylko tę rozbieżność między umysłem i ciałem pogłębiło.

Także religia w której zostaliśmy wychowani – religia chrześcijańska pogłębia ten rozdźwięk – traktując ciało po macoszemu, ledwo jako więzienie duszy. Jest ono często tu postrzegane jako źródło grzechu, jako coś wulgarnego.  Coś co odwodzi nas od Boga, odciąga od świętości. Coś przyziemnego, nieważnego i nietrwałego. Coś co ewentualnie zyskuje na wartości tylko złożone w ofierze…

Zostajemy wychowani w świecie, w którym wszystko co związane z naszym myśleniem, duchowością czy z intelektem ceni się bardziej.

Ciało to tylko kłopotliwy nośnik… mózgu.

Już od najmłodszych lat więc funkcjonujemy w dualistycznej rzeczywistości, która pomija ciało. W rzeczywistości, w której większość naturalnych gestów, odruchów, reakcji i spontanicznych zachowań z ciałem związanych jest nieakceptowana i piętnowana.

Jesteśmy od dziecka karceni przez wymagających rodziców, napominani przez niespełnione ciocie i cierpiętnicze babcie. Jesteśmy popędzani, usadawiani w ciasnych szkolnych ławkach na wiele godzin i ciosani do jedynego słusznego wzorca. Wiecznie poprawiani przez zmęczonych nauczycieli, przez księży, smutne sąsiadki i krzykliwą panią z warzywniaka uczymy się już w dzieciństwie permanentnego panowania nad ciałem. Udawania, zatrzymania, zapominania odruchów. W każdej sytuacji. Naturalna elastyczność i świeżość młodości zasycha rok po roku…

Tak zindoktrynowani, przesiąknięci  komunikatami naszego ego i uwikłani w nasze myśli już jako ludzie dorośli zauważamy ciało tylko w specyficznych sytuacjach. Często bardzo pobieżnie. Traktujemy je machinalnie. Jest ono dla nas tylko jednym ze  sposobów prezentacji ego. Ładnie je więc ubieramy, opalamy, malujemy i regularnie ćwiczymy na siłowni. Czasem nawet trzymamy dietę.

Zawsze jednak postrzegamy ciało machinalnie, w kategoriach sprawności, urody, w kategoriach maksymalnej eksploatacji, wydolności, przydatności do pracy, do nauki, do spełniania naszych celów i zachcianek. Ma być zgrabne, szczupłe i silne. Ma nie chorować. Ma nam nie przeszkadzać!

Całe nasze życie, uczucia i przeżycia, wszelkie wartości, cała nasza wiedza oraz ewentualna duchowość to kreacja intelektu, produkt mózgu. Żyjemy całkowicie poza ciałem tracąc kontakt z samym sobą i otaczającym światem.

Pełne zaabsorbowanie procesami umysłowymi i permanentne wypieranie, nierozumienie i odrzucanie ciała rodzi pewne konsekwencje.

Nasze doświadczenia życiowe kształtują ciała jak i umysły dzień po dniu – niezależnie czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie. Wszystko czego doświadczamy i co przeżyliśmy w ten lub inny sposób pozostawia ślady nie tylko w umyśle ale i w ciele.  Każda nasza emocja, każda negatywna myśl, każdy zakaz i nakaz odciska się w ciele.

Coraz bardziej pochylamy się do przodu kurcząc się w strachu. Coraz wyżej podnosimy ramiona w geście obrony.  Coraz mocniej usztywniamy ciało pod wpływem krytyki i niepewności. Coraz niżej pochylamy głowę w beznadziei. Chronicznie napięte mięśnie pod wpływem stresu tężeją. Coraz płycej oddychamy dusząc uczucia. Pośpiech czyni z nas maszyny. Noc zamiast ukojenia przynosi spiętemu ciału sny i ciężkość poranka. Podświadomie uciekamy, kostniejemy aby mieć coraz mniejszy kontakt z negatywnym otoczeniem. Coraz głębiej wchodzimy w siebie. Nie reagujemy. Nie umiemy już szczerze się śmiać, płakać, wzdychać, oddychać. Nie umiemy się ruszać. Mięśnie od lat nie uruchamiane nie wykonują poprawnie swojej pracy. Zamieramy i sztywniejemy w niewyrażonej woli, w obronie, w negacji i w zacięciu. W nieokazywaniu uczuć. Sztywnieją nasze poglądy i nasze ciała jednako. Stawiają opór.

Blokada naturalnych odruchów, nieumiejętność naturalnego reagowania na sytuację  i brak społecznej akceptacji na prawdziwość czynią z nas zombi z martwym ciałem i hiper aktywnym umysłem.

Jestem przekonana, że ów brak kontaktu z ciałem leży na drodze nie tylko do pełnego zrozumienia siebie ale także do bycia szczęśliwym i spełnionym człowiekiem.

Zdrowy organizm powinien być odpowiednio wyczulony na otoczenie, powinien je odczuwać i adekwatnie na nie reagować. Każdy bodziec, każda myśl rodzi jakieś emocje a te angażują ciała. Umiejętność prawdziwego odczuwania, reagowania na nie jest kluczową składową naszej świadomości, naszego istnienia i współgrania ze światem.

Aby odwrócić utrwalone latami przyzwyczajenia, aby odnaleźć zagubioną wrażliwość i prawdziwość  potrzebujemy narzędzia.

Dla mnie takim narzędziem stała się joga.

Jako, że do pełnego naczynia nic się już nie zmieści na początku trzeba je opróżnić. Joga stała się dla mnie właśnie sposobem opróżniania, oduczania wcześniej zapisanych wzorców i zachowań. Później, z czasem dopiero – drogą samoświadomości.

Zaczyna się od pracy z ciałem: od powitań słońca i nauki pracy w asanach. Samo skupienie się na ciele to coś nowego. Pierwsze sukcesy i pierwsze widoczne zmiany. Obserwacja pracy ciała. Poznanie swoich możliwości. Poznanie ograniczeń i przełamywanie ich. Powtarzanie wielokroć miesiącami tych samych asan rozwija i buduje ciało ale przede wszystkim uczy cierpliwości i pokory. Wymusza systematyczność obserwacji ciała, skupienia się na ciele i konfrontacji z nim. Sprowadza nas do ciała.

Potem dostrzegamy że oddychamy! Zaczynamy rozpoznawać niuanse z oddechem związane. Rodzaje oddechu. Zaczynamy doszukiwać się połączeń oddechu z ruchem. Rodzi się pierwszy świadomy oddech, który z czasem sam staje się wielce użytecznym narzędziem dalszej  transformacji.

Powoli, powolutku zaczynamy rozumieć swoje ciało. Ciało staje się ważne. Zaczynamy je czuć, a z czasem mu ufać. Ta nowa wiedza nas cieszy i daje poczucie sensu. Poznanie swego ciała i umiejętność panowania nad oddechem pozwala na prace na głębszym poziomie. Na bardziej jeszcze pełne i świadome obserwacje oraz subtelniejsze wnioski.

Uświadamiamy sobie kiedy rodzi się emocja. Jak emocja odbija się w ciele?

Co pozostawia? Uświadomienie sobie co dzieje się kiedy zamrażamy tę emocje w braku reakcji? Zrozumienie własnych reakcji. Wreszcie świadome reagowanie, świadome uwalnianie od napięcia. Poszukiwanie środków. Świadome wyrażanie.

Z takiej pracy z sobą rodzi się wrażliwość i wiedza.

Wiedza, że zamrożone i utrwalone sztywności niewyrażanych emocji powodują brak kontaktu z sobą samym. Wiedza, że przemyślana praca z ciałem rozluźnia i uspokaja. Wiedza, że głęboki spokojny oddech jest niczym powrót do domu. Wiedza, że życie pod dyktando tylko rozumu do niczego nie prowadzi, a do pełni człowieczeństwa potrzebujemy zawierzyć we własne odczucia. Świadomość, że do zgody na życie niezbędna jest etyka. Wiedza, że odejście on natury rodzi tylko wewnętrzy nierozwiązywalny konflikt.

Kolejnym krokiem koniecznym do popełnienia na drodze jogi jest medytacja. Coś co jest przeciwieństwem wszystkiego co znaliśmy wcześniej. Przeciwieństwem myślowego natłoku, intelektualnego chaosu umysłu i wiecznego dziania się. Wiecznego zaabsorbowania myślami i wiecznej gotowości myślowej. Życia jako produktu umysłu.

Bo niemożliwa jest medytacja i realne wyciszenie bez kompletnej, całkowitej obecności w swoim ciele.

Doświadczanie codzienne tej obecności choć na chwilę, uczenie się jej i staranie o nią integruje nasze ciało i umysł. Łączy to co było od zawsze rozdzielone. Powoduje, że odzyskujemy ciało.

Nauka medytacji, odnajdowania spokoju i przestrzeni umysłu poprzez obecność w ciele prowadzi jeszcze dalej. Pozwala odnaleźć drogę do własnej duchowości. Duchowości, do której nie dotrzemy przez wrota umysłu, a którą można odnaleźć tylko przez zakotwiczenie w ciele właśnie.

Doświadczenia jakie może dać powrót do ciała i codzienna w nim świadoma obecność łagodzi rozbieżność, wewnętrzy opór, konflikt umysł-ciało. Nieblokowane odczuwanie i realne reagowanie na komunikaty z ciała płynące rodzą akceptację. Niezależnie co się z nami dzieje umiemy się z tym skonfrontować i z tym żyć. Nie uciekamy, nie bronimy się w iluzorycznej negacji. Poprzez zgodę na to czego nie możemy zmienić oraz umiejętne przetwarzanie tego w ciele – zyskujemy wolność.

Takie pogodzenie się z ciałem skutkuje także zgodą na siebie i na świat, w którym przyszło nam żyć. Przestajemy się zmagać z niemożliwym, próbować ogarnąć rozumem tego czego za pomocą logiki pojąć się nie da. Zaczynamy czuć łączność z naturą oraz wszelkimi jej przejawami i nabieramy pewności, że jesteśmy dokładnie tam gdzie mamy być.

Kiedy już nie musimy być mądrzejsi, bardziej wykształceni, lepsi, ostrożniejsi i bezpieczniejsi, kiedy czujemy że nie musimy już wszystkiego kontrolować zaczynamy cieszyć się życiem. Zaczynamy żyć w ciele i umyśle jednako, z pasją, energią i entuzjazmem jako naszą prawdziwą naturą.

Galeria