Artykuły

(artykuł ukazał się w magazynie JOGA, magazyn nr 6)

Jesteśmy bardzo przywiązani. Do siebie. Do posiadania. Do posiadania jedynego prawdziwego i w pełni autorskiego sposobu postrzegania naszego świata. Do jedynego słusznego bo naszego punktu widzenia. Przez lata budujemy swoją rzeczywistość, tożsamość, relacje i swoje scenariusze, przez lata ugruntowujemy się w swoich własnych i jedynie słusznych poglądach.

Przez lata cichutko i wytrwale, rok po roku przywiązujemy się do posiadania myślowych schematów. Do mentalnych ściśle określonych koncepcji siebie. Do mniej lub bardziej wspaniałych ról, które zwykliśmy odgrywać. Do wiecznej autoprezentacji.

Niezależnie czy przyzwyczajenia te pielęgnują pozytywne czy negatywne postawy utożsamiamy się z nimi bez reszty. Nie rezygnujemy z nich nawet kiedy kreują ogromne cierpienie. Gorzej! Karzemy się i piętnujemy za odstępstwa od nich. W przeważającej większości całkowicie świadomie.

Często tkwimy w związkach, które się wypaliły lub gorzej – w takich, których nie jesteśmy szczęśliwi bo wydaje nam się, że tak trzeba. Mieszkamy w miejscach, których nie znosimy bo nie widzimy innego wyjścia. Wchodzimy w relację z ludźmi których nie cierpimy i tkwimy w nich latami. Pracujemy w przypadkowych i niechcianych zawodach, które nie dostarczają nam satysfakcji a jedynie stres. Bierzemy dodatkowe nadgodziny mimo, że zarobione pieniądze już dawno przestały nasz cieszyć. Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy bo pasują nam idealnie do ciężko wypracowanego wizerunku.

Otaczamy się pięknem bo trudno jest nam go odnaleźć w sobie. Realizujemy marzenia choć już sami nie jesteśmy pewni czy są one do końca nasze…

Prezentujemy światu jacy jesteśmy przebojowi drżąc ze strachu. Pokazujemy jacy jesteśmy oczytani, wykształceni i wyedukowani by osłonić naszą niepewność. Jacy jesteśmy odważni, mądrzy, świadomi, uczciwi, wyjątkowi, życzliwi i spolegliwi. Troskliwie pielęgnujemy też wychuchane idee własnego ciała nawet jeśli są źródłem naszego nieszczęścia. Zawsze jesteśmy bowiem dla siebie zbyt grubi, zbyt niscy, zbyt przeciętni, zbyt zwykli, zbyt mało urodziwi, nijacy i nie tacy. W naszym mniemaniu zawsze jesteśmy za mało czarujący i zawsze za szybko się starzejemy. Sumując wyznawane przez nas wzorce i wyobrażenia o oczekiwaniach naszego audytorium prezentujemy rolę idealnych matek, ojców, żon, pracowników, partnerek lub szefów, koleżanek i synów w oczekiwaniu na wszelką akceptację. Często cichutko łkając w środku.

Jakbyśmy byli drzewem. Jakbyśmy nie mogli się ruszyć…

Jesteśmy bardzo przywiązani do wizerunku siebie – niezależnie od tego jaki on jest. Często zupełnie się w nim zatracamy już sami nie wiedząc co jest prawdą a co jedynie grą, ściemą na potrzeby oczekiwań innych. Okłamujemy sami siebie że jest dobrze. Że przecież inni mają gorzej. Że nic strasznego się nie dzieje. Że jest ok. Że wytrzymamy.

No właśnie. Wytrzymamy. Ale po co?

Nie musimy tak żyć. Nie musi tak być. Nie musimy czekać aż obudzi nas jakaś życiowa trauma. Nie musimy czekać aż będzie za późno.

Co więc zrobić?

Przede wszystkim należy uświadomić sobie, że mamy tylko jedno życie. Że to nie jest wstęp, że to nie jest przygotowanie. Że nie będzie drugiej szansy. Że czas, który z takim pietyzmem marnujemy starając się uwierzyć we własne ściemy już nie wróci.

Wnioski wyciągnięte z dotychczasowych doświadczeń mogą się stać dla nas ogromem wiedzy o sobie. Prawdziwej praktycznej wiedzy.

W filozofii sankhji tworzącej podstawy teoretyczne jogi mówi się, że świadomość jest początkiem zmian. Dokładnie. Zmian.

Nie lubimy ich. Zmiany rodzą w nas bowiem głęboko zakorzeniony lęk przed nieznanym. Zmiany wytrącają nas z utartych, niechcianych ale jakże bezpiecznych schematów. Wyrywają z ciepełka. Z prywatnej- choćby minimalnej ale strefy komfortu.

Są jednak konieczne na drodze do bardziej świadomego i prawdziwszego życia. Życia w zgodzie z sobą.

Jeśli wiemy już dość dokładnie czego nie chcemy należałoby zastanowić się czego chcemy…

Nasz system wartości gdzieś tam wciąż jest. Lekko przykryty wszelkimi odcieniami naszego zużytego moralnego relatywizmu. Przykryty warstwami szarości konformizmu i wszelkiej ułudy. Skryty w gąszczu schematów. Trzeba pogrzebać.

Dokopać się do własnych potrzeb i chceń. Do ważnych dla nas wartości i do priorytetów. Do prawdziwego obrazu siebie niezależnego od audytorium.

To trudne bo trzeba wsłuchać się w siebie. Tak naprawdę głęboko w sobie często czujemy co jest dla nas dobre. Trzeba zadawać sobie pytania. Po co? Czy warto? I trzeba słuchać odpowiedzi.

Ja rozpoznaje moje własne prawdziwe pragnienia i wartości dość intuicyjnie. Jeżeli robię lub mówię coś co jest w zgodzie ze mną samą – czuje w konsekwencji spokój.

Nie trzeba zaczynać od wielkich zmian, od radykalnych rewolucji – to zniechęca i przeraża. To jest trudne. Można zacząć od małych kroczków. Małych zmianek.

Od grzecznego odmówienia spotkania z natrętną koleżanką. Od rezygnacji z dodatkowego niechcianego i niefajnego zlecenia. Od poświęcenia czasu wreszcie tylko sobie. Od wolniutkiego wychodzenia z ról matki polki czy niezniszczalnego macho. Od wychodzenia z roli wszechmocnego.

Nie trzeba robić tego wszystkiego co oczekują od nas inni. Nie trzeba też nikogo niepotrzebnie ranić czy negować. Nawet specjalnie wyjaśniać czy tłumaczyć. Po prostu grzecznie robić swoje.

Wyjście z naszym mentalnych schematów wymaga czasu i systematyczności. Bywa też trudne ponieważ musimy zdobyć się na odwagę lub asertywność, a potem co gorsza skonfrontować ją z innymi.

Jednak metoda małych kroczków się sprawdza i działa.

Oczywiście często konieczne są też większe zmiany. Czasem rewolucje. Nie zawsze da się załatać rzeczywistość…

Czasem więc trzeba pójść na całość. Całkowicie zrezygnować z dotychczasowych scenariuszy i relacji, ciężko wypracowanych punktów widzenia i bezpiecznych schematów. Jeśli tylko jesteśmy pewni, że stan istniejący jest nieakceptowalny, a wszelkie próby lub możliwości przystosowania zawiodły.

Zmiana pracy. Zmiana zawodu. Nowe szkoły. Sprzedaż domu. Przeprowadzka. Rozwód. Wszystko to możemy zrobić. Wszystko to jest możliwe i osiągalne. Często czasochłonne i wymagające dużego nakładu pracy ale wciąż osiągalne.

Wiem. Zmiany- szczególnie te duże -przerażają. Im więcej o nich myślimy tym bardziej nierealne się jawią. Wiem jednak z doświadczenia, że nie taki wilk straszny? Wiem też że osiągnięcie celu poprzedzonego sporą życiową rewolucją daje ostatecznie niesamowite poczucie sensu. Daje poczucie rozluźnienia i spokoju.

Nagle przestajemy zdawać się na to co los przyniesie i bierzemy wszystko w swoje ręce. Wreszcie robimy to co najprostsze – to co chcemy. Zmiany są twórcze. Zawsze. Nawet jeśli wydaje nam się, że pozostawiają po sobie ruiny… Jeśli są przemyślane i jeśli naprawdę ich chcemy stają się naszą drogą rozwoju.

Paradoksalnie też zmiany rozbijające nasze dotychczasowe wizerunki, schematy i relacje wpływają na nasze poczucie mocy i początkują wiarę w siebie. Mimo, że u podłoża każdej zmiany jesteśmy zmuszeni się przyznać do błędu, powiedzieć że mamy już dość, że nasze dotychczasowe działania czy relacje nie przyniosły nam nic dobrego – nie stają się zmiany naszą słabością a jedynie siłą. Rodzą wnikliwsze zrozumienie problemu oraz konfrontację z nim. Rodzą świadomość. Pokazują, że umiejętność rezygnacji czy ustąpienie z naszych okopanych wcześniej pozycji tylko pozornie jest naszą przegraną. Naprawdę zaś świadczy o tym, że jesteśmy w pełni świadomymi i rozumiejącymi ludźmi. Świadczy o tym, że umiemy wyciągać wnioski. Świadczy o tym, że się rozwijamy. Że żyjemy.

Wiem na pewno, że na moją obecną postawę miały wpływ jogowe yamy i niyamy – moralne drogowskazy. Znałam je od początku mojej podróży z jogą ale były dla mnie tylko pewną dawką barwnego folkloru stanowiącego tło do asan. U mnie ich przyswojenie następuje wtórnie i jakby bez mojego udziału. Powoli, powolutku i stopniowo zaczęły się pojawiać w moim życiu samoistnie. Parę z nich bardziej kłuło mnie w oczy niż inne. Wypływały w różnych aspektach i momentach mojego życia. Tłukły się po głowie uprzykrzenie, uwidaczniając to co ukryte, zmuszając do refleksji, wymuszając ich praktykę. Jedną z nich jest satya – prawda. Niech ona będzie drogowskazem i Waszych zmian.

Galeria