Artykuły

(artykuł ukazał się w magazynie JOGA, magazyn nr 7)

Zawsze myślałam, że to przychodzi samo. Że istnieje jakaś naturalna mądrość, podprogowy metafizyczny przekaz praprzodków, jakaś głęboko zakorzeniona więź, która uczy kobiety być doskonałymi matkami a mężczyzn układa do roli przykładnych ojców. Naprawdę myślałam, że dzieje się to samo niejako bez naszego specjalnego zaangażowania gdzieś w międzyczasie bycia w ciąży a porodem – plus minus parę miesięcy. Myliłam się.

 

Mądrość na mnie nie spłynęła żadna a dziecko na świat przyszło. Odnalezienie się w nowej roli mnie przerastało. Za dużo zmiennych, za mało snu i za dużo hormonów spowodowało, że czułam się zupełnie spłoszona i zagubiona. Mój wszechświat zmienił bieguny i zaczął grawitować wyłącznie wokół pór karmienia, zmian pieluch, nocnych kolek, badań, pierwszych ząbków i pierwszych kroków. Wszystko było nowe, niepewne i takie pierwsze… Czas gęstniał jakoś a ja i moja mała kosmitka poznawałyśmy się, docierałyśmy i polubiłyśmy. Powolutku doprowadzałam rolę matki do perfekcyjnej skuteczności.

W poszukiwaniu wiedzy z obszarów gdzieś pomiędzy szerokim pieluszkowaniem, alergiami, dywagacjami wokół smoczków i chodzików a prawidłowym odżywianiem maluchów pochłaniałam stosy literatury wszelakiej – wszystko byle z dziećmi i ich rozwojem związane. Kiedy byłam na etapie analizowania pobliskich przedszkoli świat ponownie zmienił bieguny – pojawił się kosmita numer dwa.

Już spokojniejsza, przygotowana, ciut bardziej świadoma i stanowczo mniej przestraszona cieszyłam się zupełnie nowym ludkiem. Bogatsza o doświadczenie własne poparte tomami literatury popełniałam rutynowe obrządki szybko i sprawnie – ciesząc się niuansami. Spokojna acz skupiona ponad miarę i pławiąca się w poczuciu bycia potrzebnym nie spostrzegłam nawet, że czas kurczy się jeszcze bardziej. Dzieci poszły do przedszkola i szkoły a ja do pracy. Do roli matki, żony, gospodyni i sprzątaczki dołączyły zupełnie nowe role wiecznego szofera oraz korepetytora.

Kiedy resublimacja czasu sięgnęła zenitu – zaczęło się. Wychowanie – dorastanie. W najgorętszym i oczywiście najbardziej niechcianym momencie. W czasie sprzedaży domu, remontu, budowania sali i przeprowadzki. Oczytana i pełna optymizmu pewnie podeszłam do tematu spodziewając się szybkich rezultatów – podobnie jak było wcześniej przy zmianie pieluchy – pyk, pyk i zrobione. Tu było jednak inaczej. Książkowe mądrości nie pomagały a tylko wprowadzały dodatkową frustrację. Wszystko było nie tak! Kłamstwa, oszukiwanie, złe oceny, niechęć do nauki, niechęć do lekcji, codzienne kłótnie, trzaskanie drzwiami, pretensje i wieczny foch wkradły się w nasze życie na dobre. Wiedziałam, że to następuje ale nie podejrzewałam nawet jak wielką niesie moc. Nie tak miało być! Miało być zaufanie, prawdziwość i szczerość…

Moje życie w roli matki trzęsło się w posadach. Szarpałam się strasznie. Rozmowy, rozmowy, rozmowy i wieczne tłumaczenia nic nie dawały. Kary były podobnie nieskuteczne a nagrody działały tylko na moment. Malutki bardzo. Niezależnie co mówiłam, jak formułowałam zdania i ile przytulałam było tylko gorzej.

Nie lubiłam się takiej. Nie lubiłam się sprawdzającej i wiecznie kontrolującej. Nie lubiłam dawać kar. Nie lubiłam się dyscyplinującej. Nie lubiłam swojego tonu głosu i zaciskania zębów. Nie lubiłam się za długie przemowy i wiecznie powtarzane mądre tłumaczenia. Nie lubiłam o tym myśleć i pamiętać. Nie lubiłam wszystkiego co było tego przyczyną…

Nie wiedziałam co robić. Poprzez złość, niezgodę na tę sytuację i irytację dotarłam do bezkresu niemocy. Codzienna praktyka i medytacja dawała mi jednak trochę komfortu – koniecznej do życia przestrzeni. Ciszy.

Obecność w ciele, świadome odczuwanie, cierpliwe powtarzanie najprostszych sekwencji oraz wciąż pokorne ponawianie prób wykonania trudniejszych asan prowadziły ku rozładowaniu napięcia i wytchnieniu. Moja bezradność w próbach stania na rękach, poddawanie grawitacji i upadki wykonywane codziennie, dzień po dniu były syntezą moich relacji z córką. Jak bardzo się nie starałam – zawsze przegrywałam.

Jednak upadki wykonywane miesiącami już nie bolały. Nawet przestały irytować – po prostu były… Stały się częścią mojej praktyki, mojego życia. Zaczęłam w nich dostrzegać prawidłowości, odnajdować przyczyny i rozróżniać niuanse.

Ćwiczenia oddechowe i medytacja powtarzana regularnie wyciszały emocję i dawały konieczną perspektywę. Praktyka przełożyła się na życie – pomogła zrozumieć i zaakceptować. Spojrzeć z boku.

Zyskać świadomość.

Świadomość jednak ma swoją cenę. Jeżeli zaraz za świadomością nie idzie zmiana -0 konfrontujesz się ze stałym i permanentnym poczuciem wstydu i żalu, poczuciem winy i brakiem spokoju. Jeżeli świadomość zaś jest początkiem zmian – musisz ponosić ich konsekwencje.

Ja wybrałam zmiany.

Rodzicielstwo nie może być tylko rolą. Rodzicielstwo to nie sprawowanie kontroli. Nie wspomaga go wiedza. Nie definiuje go perfekcyjna skuteczność w setkach codziennych obowiązków. Nie jest też tylko doskonałą pozą spełniającą wymogi audytorium. Będąc matką nie możesz oczekiwać. Nie możesz też pragnąć, zamierzać, żądać i wiedzieć lepiej. Nie możesz wyłącznie wyznaczać celów i wiecznie ukierunkowywać. Będąc matką nie możesz jedynie chronić.

W końcu rodzicielstwo nie może być wyłącznie czymś co Cię definiuje i z czym się utożsamiasz. Nie ulegając schematom: nie będąc najmądrzejszym, wyjątkowym i wszystko kontrolującym rodzicem – nie staniesz się nikim. Rodzicielstwo nie Twoje ego ma budować. Nie o Ciebie tu chodzi.

Tak. Stanowczo już wiedziałam czym nie jest rodzicielstwo. Zobaczyłam swoje błędy. Uświadomiłam sobie, że mimo całej swojej wiedzy tkwię po uszy w stereotypach. Że za dużo oczekuję – choćby podświadomie. Zauważyłam, że moje oczekiwania i wymagania nic wartościowego nie budują a w konsekwencji jedynie niszczą. Uświadomiłam sobie, że nie zawsze uznaję moje dzieci za zupełnie równe sobie, że zbyt często traktuje je machinalnie. Zrozumiałam, że nie było we mnie zgody na ich odmienność, na to że się ode mnie różnią. Zrozumiałam, że rozmieniłam się na drobne. Za dużo robiłam a za mało byłam. To, że je dobrze karmiłam, ubierałam, pilnowałam odrabiania lekcji i woziłam na zajęcia dodatkowe to za mało. To, że z nimi rozmawiałam, uczyłam, malowałam czy bawiłam się to też nie wystarczało. Nawet przytulanie nie dawało rady. Bo robiłam to wszystko ze zwyczajowej konieczności niejako, z obowiązku czy też z niepoprawnie pojętej miłości. Zawsze z jakiegoś mniej lub bardziej zamaskowanego powodu. Bardzo często byle jak i „po łebkach”.

Uświadomiłam sobie, że rodzicielstwo to obecność. Bycie zawsze kiedy się jest potrzebnym. Prawdziwe bycie. Nie wykonywanie zadań. Nie zerkanie tylko sprzed ekranu komputera czy znad książki. Nie wystarczy potakiwanie przy obieraniu ziemniaków. Nie wystarczy wspólne pośpieszne pieczenie babeczek czy rodzinne niedzielne malowanie – pełne marzeń o odpoczynku. Świadomość tkwi w teraźniejszości. Jej moc jest w chwili obecnej. Trzeba słuchać całkowicie i jednorodnie. Przestawić się zupełnie na ważność nieważnych dotąd pytań. Na skupione wysłuchiwanie opowieści i uznawanie wagi sytuacji z poziomy naszego rozmówcy. Na wspieranie. Na wspieranie by iść własną drogą.

Trzeba czasem pozwolić popełniać błędy. Zaufać i uszanować. Trzeba być codziennie cholernie uważnym.

Od półtora roku ćwiczymy razem jogę. Na początku w formie zabawy a teraz już ciut poważniej i systematycznie, dwa razy w tygodniu. Kiedy dzieci są w domu a ja ćwiczę sama – nieuchronnie grawitują do mnie. Rozkładają maty i są. Robimy razem ćwiczenia oddechowe. Uczę je medytacji.

Nie ma sielanki. Są wzloty i upadki. Zmieniłam ilość na jakość. Mniej robię więcej jestem. Mniej się staram a więcej uśmiecham. Mniej mówię i mniej nakazuje. Daję więcej wolności i zaufania. Więcej i uważniej słucham.

Jakby w odpowiedzi na ciszę i nową przestrzeń to dzieci mówią. Zaczynają się zwierzać. Proszą o radę. Same wyznaczają sobie cele. Same rozwiązują problemy i same sobie nakazują. Naprawdę.

Nie ma instrukcji bycia dobrą matką. Nie ma mądrości. Jest tylko droga.

Wiem jednak na pewno, że trzeba ją przejść z ogromną uwagą i wyjątkowym pietyzmem. Z czujnością i otwartością.

Trzeba ją przejść będąc całkowicie obecna.

Galeria