Artykuły

Naczytałam się poradników wiele o slow life. Lubię czytać, więc książki Honore, Glogazy, blog Babauty, porady japońskich minimalistek - pochłonęłam jednym tchem. Logiczne one są. A jakie sugestywne! Czytając miałam wszystko przed oczami.

Zaczęłam działać natychmiast. Redukować co się da. Według wskazówek oczywiście.

 

Systematycznie pozbyłam się niepotrzebnych rzeczy: ciuchów, kosmetyków, papierów, drobiazgów. Przewietrzyłam schowki, szuflady i piwnicę. Prawie bez skrupułów. Ba! Zaczęłam to lubić. Szczerze.

Aby nie powtarzać błędów postanowiłam jasno określić swoje potrzeby i priorytety.

Bezlitośnie też wytknęłam sobie wszelkie moje barwne, naprawdę dobre odtłumaczenia.

Te wszystkie ze słowami „nie wypada”, „należy”, „nie powinno się” – w tle. Te wszystkie, w których okłamujemy siebie lub otoczenie.

Na przykład o tym, że powinniśmy kupić najlepszy jakościowo płaszcz bo będzie modny wiele lat. O tym, że w tym wieku nie wypada już chodzić z plastikowym zegarkiem, o tym, że książki z list bestsellerów trzeba przeczytać, o tym, że cena kremu definiuję jego skuteczność i o tym, że passe jest oglądać filmy science fiction.

Idąc za ciosem pozbyłam się nakręcaczy potrzeb i przyśpieszaczy czasu. Oddałam telewizor, usunęłam strony informacyjne z komputera i wykasowałam newslettery. Poszło łatwiej niż myślałam. Byłam zaskoczona. Odgrzebywałam siebie spod tego wszystkiego całkiem sprawnie.

Zdrowe, przemyślane jedzenie i bycie wege było moją rzeczywistością jeszcze za czasów, kiedy słowo slow kojarzyło się wyłącznie ze  ślimakiem.

Zabrałam się więc za bardziej subtelne kwestie - te związane z ludźmi, reakcjami i z pracą.

Przemyślałam co mnie w tej sferze karmi, a co niszczy. Zaczęłam od usunięcia toksycznych związków i wyniszczających zależności – te były jasne. Gorzej było ze sztucznymi uprzejmościami, nieszczerymi reakcjami, nieprawdziwymi zachwytami i godzeniem się na to na co zgody nie mam. Aby sobie pomóc… zaczęłam wolniej reagować. Nie od razu odpowiadałam, nie od razu odpisywałam, nie od razu podejmowałam decyzję. Dałam sobie czas na przemyślenie, na pobycie z sobą chwilę, na obserwacje. Dałam sobie czas na wybór.

Ta przestrzeń na reakcję pomogła i wiele mi uświadomiła.

Na koniec postało mi wprowadzić slow w sferę pracy. Według przestudiowanych poradników rzecz wydaje się prosta. Mówią one, że redukcja potrzeb, zakupów, a więc i wydatków powoduje, że nie musimy tak dużo pracować ponieważ nie potrzebujemy już tyle pieniędzy.

No way! To nie takie proste.

Praca jest wartością przynoszącą nie tylko pieniądze. Daje poczucie bycia potrzebnym, poczucie sprawczości i sensu, poczucie przynależności. Ma ogromny wpływ na poczucie własnej wartości.

W pracy też jesteśmy zależni od całej masy osób, klientów, instytucji, urzędów i jeżeli zgadzamy się na naszą pracę- musimy zgadzać się i na te zależności. To trudno jest obejść.

Mimo to dzielnie redukuję to co się da, zostawiając sobie tylko to, co konieczne. Zapewniam sobie przestrzeń w czasie dnia: wpisuję w grafik czas na zrobienie posiłków, pomoc dzieciakom, medytacje i praktykę własną.

Nie ma tu jednak spektakularnych zwycięstw. To nie to samo co posprzątanie szuflady…

Paradoksalnie spowolnienie naszego życia wymaga od nas aktywności. Może trochę innej, w innych obszarach, ale jednak aktywności. Czynnej zmiany myślenia, zmiany zwyczajów, obecności, zaangażowania i systematyczności.  

Nie wystarczy się po prostu zatrzymać…

Cały czas jednak próbuję. Mam cele. Wiecie jakie?

Chcę się przyłapywać częściej na długim zapatrzeniu w okno. Chcę sobie przypominać jak smakuje poranne rozleniwienie, jak wygląda sypialnia spod półprzymkniętych powiek. Chcę częściej siedzieć na ławce w ogródku. Tęsknie za naturalną biernością, za nicnierobieniem. Tęsknie za nudą.

Slow life w mieście, pracując zawodowo z rodziną u boku to wyzwanie i droga dla cierpliwych. Bardzo jogiczna zresztą. To proces zmiany ale i pogłębiania samoświadomości. To ciągła praktyka uważności i bycia.

Fajna praktyka ucząca nieprzegapiania małego codziennego szczęścia.

 

Galeria