Logo Joga Gliwice
Studio Jogi Artykuły
Studio Jogi Artykuły
Studio Jogi Artykuły
  • Artykuły
  • O Jodze
  • Antaranga – joga wewnętrzna. Dlaczego sama asana nie wystarcza?

Antaranga – joga wewnętrzna. Dlaczego sama asana nie wystarcza?

Dlaczego praktykujemy jogę, a mimo to często nie dochodzimy tam, gdzie joga miała nas zaprowadzić?

 

Im dłużej uczę jogi, tym częściej zadaję sobie jedno pytanie: dlaczego tak wiele osób praktykuje od lat, a mimo to nadal zmaga się z tymi samymi napięciami, schematami i reakcjami?

Ćwiczymy. Oddychamy. Czytamy. Jeździmy na warsztaty. Rozwijamy się.

A jednak nadal trudno nam odpocząć. Nadal trudno nam być sam na sam ze sobą. Nadal łatwo wyprowadzają nas z równowagi drobne rzeczy. Nadal ciało reaguje napięciem, a umysł — rozproszeniem.

 

Przez długi czas myślałam, że być może praktykujemy za mało.

Dziś coraz częściej myślę, że problem leży gdzie indziej.

Bardzo często praktykujemy nie po kolei.

 

Klasyczna joga nie jest zbiorem przypadkowych technik. Nie jest listą ćwiczeń, z której wybieramy to, co najbardziej lubimy. Jest systemem. Drogą. A droga ma swoją kolejność.

W tradycji jogi klasycznej mówi się o ośmiu angach jogi, czyli ośmiu członach ścieżki: yama, niyama, asana, pranajama, pratyahara, dharana, dhyana i samadhi.

Pierwsze człony przygotowują życie i ciało. Kolejne prowadzą coraz głębiej — ku pracy z oddechem, uwagą i umysłem.

I właśnie ten wewnętrzny wymiar jogi nazywamy antarangą.

Czym jest antaranga?


Słowo antaranga oznacza to, co wewnętrzne. W kontekście jogi mówi się o praktykach skierowanych ku wnętrzu: ku uwadze, świadomości, obserwacji umysłu i medytacji.

W klasycznym ujęciu szczególne znaczenie mają tu ostatnie człony ścieżki: pratyahara, dharana, dhyana i samadhi.

Można powiedzieć prosto:

antaranga to joga wewnętrzna.

Nie chodzi już tylko o to, co robimy z ciałem. Chodzi o to, jak pracujemy z uwagą, reakcją, bodźcem, emocją, myślą i nawykiem.

Dlatego joga wewnętrzna nie jest „dodatkiem” do praktyki asan. Jest jej naturalnym rozwinięciem.

Bo asana przygotowuje ciało. Pranajama przygotowuje oddech i układ nerwowy. Pratyahara uczy wycofywania uwagi z tego, co ją nieustannie przechwytuje. Dharana rozwija zdolność skupienia. A medytacja nie jest czymś, co wymuszamy — jest czymś, co może pojawić się wtedy, gdy wcześniejsze elementy zostały odpowiednio przygotowane.

Joga jest systemem, a nie zbiorem technik.

 

Jednym z największych nieporozumień współczesnej jogi jest przekonanie, że możemy dowolnie wyjmować z niej pojedyncze narzędzia.

Trochę asan. Trochę oddechu. Trochę medytacji. Trochę relaksacji.

Oczywiście każda z tych praktyk ma wartość.

Problem zaczyna się wtedy, gdy zapominamy, że klasyczna joga była niezwykle logicznym systemem.

To bardziej przypomina budowanie domu niż wybieranie ćwiczeń z menu.

Najpierw powstają fundamenty. Potem ściany. Potem dach.

Nikt rozsądny nie zaczyna od komina.

A jednak w praktyce duchowej często robimy właśnie to.

Chcemy medytować, zanim nauczymy się być ze sobą. Chcemy koncentracji, żyjąc w nieustannym rozproszeniu. Chcemy spokoju, nie porządkując tego, co każdego dnia ten spokój nam odbiera.

Joga nie została pomyślana wyłącznie jako sposób na rozciąganie ciała. Nie została wymyślona jedynie po to, by się zrelaksować. Jej celem była głęboka przemiana człowieka: większa świadomość, wolność od automatycznych reakcji i zdolność do bardziej świadomego życia.

Dlatego poszczególne angi jogi działają synergicznie.

Yamy i niyamy przygotowują życie.
Asana przygotowuje ciało.
Pranajama przygotowuje oddech i układ nerwowy.
Pratyahara przygotowuje uwagę.
Dharana przygotowuje medytację.
Dhyana jest stanem coraz głębszej, nieprzerwanej obecności.

To nie są oddzielne techniki. To kolejne etapy dojrzewania praktyki.

Yama i niyama – pierwsza psychosomatyka jogi.

 

Kiedy słyszymy o yamach i niyamach, łatwo pomyśleć o starożytnym kodeksie moralnym. O zasadach zachowania. O duchowej etyce.

Ale z perspektywy pracy z ciałem, układem nerwowym i psychosomatyką można spojrzeć na nie znacznie głębiej.

Yama i niyama są pierwszą psychosomatyką jogi.

Bo zanim joga zajmie się ciałem, najpierw pyta:

Jak żyjesz?

Czy żyjesz w zgodzie ze sobą?
Czy potrafisz stawiać granice?
Czy mówisz prawdę?
Czy nie zmuszasz się każdego dnia do życia w sposób, który odbiera Ci energię?
Czy Twoje relacje Cię karmią, czy wyczerpują?
Czy Twoje życie jest spójne z tym, co naprawdę czujesz?

To nie są pytania abstrakcyjne.

Organizm nie funkcjonuje w próżni. Układ nerwowy reaguje nie tylko na to, co robimy przez godzinę na macie. Reaguje na całe nasze życie.

Jeżeli codziennie tłumimy emocje, żyjemy w konflikcie, przekraczamy własne granice albo udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, ciało będzie to wiedziało.

Może nie od razu.

Ale będzie wiedziało.

Pojawi się napięcie. Przeciążenie. Zmęczenie. Potrzeba kontroli. Albo przeciwnie — wycofanie.

Dziś dużo mówi się o wpływie stresu, relacji i emocji na zdrowie. Współczesna psychofizjologia opisuje związek między stanem emocjonalnym, napięciem, regulacją autonomicznego układu nerwowego i reakcją organizmu na stres.

Joga mówiła o tym od dawna, choć innym językiem.

Nie używała słowa „psychosomatyka”, ale doskonale rozumiała, że sposób życia wpływa na ciało.

Dlatego yamy i niyamy pojawiają się przed asaną.

Jakby jogini chcieli powiedzieć:

Zanim zaczniesz pracować z ciałem, przyjrzyj się swojemu życiu.

Bo można godzinami rozciągać biodra, a jednocześnie każdego dnia żyć w napięciu, które będzie te biodra znowu usztywniało.

Można doskonalić pozycje, a jednocześnie funkcjonować w relacjach, które stale aktywują reakcję obronną organizmu.

Można ćwiczyć jogę i prowadzić życie, które działa przeciwko temu, co próbujemy osiągnąć na macie.

Dlatego yama i niyama nie są dodatkiem do praktyki.

One są praktyką.

Asana – nie gimnastyka, ale laboratorium świadomości.

 

Kiedy myślimy o jodze, większości osób jako pierwsze przychodzą do głowy asany.

Pozycje. Ruch. Rozciąganie. Wzmacnianie.

I rzeczywiście — ciało jest niezwykle ważne. Dla większości ludzi ciało jest pierwszą bramą do głębszego poznawania siebie.

Ale współczesna kultura jogi bardzo często zatrzymała się właśnie tutaj.

Jakby celem praktyki było coraz sprawniejsze wykonywanie pozycji. Większa elastyczność. Trudniejsze asany. Lepsza forma.

Tymczasem w klasycznej jodze asana nie była celem samym w sobie.

Była przygotowaniem.

I właśnie dlatego lubię mówić, że asana nie jest gimnastyką.

Asana jest laboratorium świadomości.

Bo tak naprawdę nie uczymy się tam tylko pozycji.

Uczymy się obserwować siebie.

Na macie pojawia się wysiłek. Dyskomfort. Zmęczenie. Ambicja. Zniecierpliwienie. Porównywanie się. Lęk. Potrzeba kontroli.

I nagle okazuje się, że mata staje się małym modelem naszego życia.

To nie jest już tylko praca z mięśniami.

To jest spotkanie z własnym umysłem.

Dlatego asany są tak cenne. Nie dlatego, że uczą nas efektownych pozycji. Ale dlatego, że pozwalają zobaczyć własne reakcje.

Świadomość nie rodzi się z teorii.

Świadomość rodzi się z doświadczenia.

Możemy przeczytać sto książek o obecności. Możemy wysłuchać setek wykładów o uważności. Ale dopiero wtedy, kiedy naprawdę doświadczamy własnego ciała, oddechu i reakcji, zaczyna pojawiać się prawdziwe rozumienie.

Asana jest pierwszym miejscem, w którym uczymy się doświadczać siebie bezpośrednio.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt.

Im bardziej ciało jest słabe, bolesne albo przeciążone, tym bardziej domaga się naszej uwagi.

Jeżeli wszystko boli, trudno myśleć o medytacji. Jeśli nie możemy wygodnie usiąść przez kilka minut, trudno mówić o głębszej praktyce. Jeśli ciało jest nieustannie w stanie napięcia, bardzo często to ono staje się głównym tematem świadomości.

Dlatego wzmacnianie, stabilizowanie i usprawnianie ciała ma ogromny sens.

Nie po to, żeby wykonywać bardziej efektowne pozycje.

Ale po to, żeby ciało stało się wsparciem.

Dobrym narzędziem.

Stabilnym fundamentem.

Kiedy ciało jest względnie zdrowe, sprawne i spokojne, pojawia się możliwość skierowania uwagi głębiej.

I właśnie dlatego asana nie jest końcem praktyki.

Jest początkiem.

Pranajama – pierwszy krok do środka.

 

Po asanie klasyczna joga prowadzi nas dalej.

Do oddechu.

Do tej pory poruszaliśmy się głównie w świecie rzeczy widzialnych. Można było zobaczyć ciało, poczuć mięśnie, obserwować ruch.

Pranajama zaczyna kierować uwagę głębiej.

Bardzo często tłumaczy się ją jako techniki oddechowe albo kontrolę oddechu. To prawda, ale nie cała.

Bo celem pranajamy nie jest sam oddech.

Oddech jest bramą.

Mostem między ciałem a umysłem.

Z jednej strony oddychanie dzieje się automatycznie. Nie musimy o nim pamiętać. Z drugiej strony możemy świadomie na nie wpływać.

I właśnie dlatego oddech jest tak wyjątkowy.

Kiedy jesteśmy zdenerwowani, oddech się zmienia. Kiedy się boimy, oddech się zmienia. Kiedy jesteśmy spokojni, oddech również wygląda inaczej.

Oddech odzwierciedla stan układu nerwowego.

Dlatego praca z oddechem jest jednocześnie pracą z pobudzeniem, napięciem i zdolnością do regulacji. Przeglądy badań nad jogą wskazują, że praktyki jogiczne, w tym praca z oddechem, mogą wpływać na autonomiczną regulację organizmu, między innymi poprzez parametry związane ze zmiennością rytmu serca i aktywnością przywspółczulną. Nie oznacza to, że każda technika działa identycznie na każdego, ale potwierdza kierunek, który joga znała intuicyjnie: oddech jest jednym z najważniejszych mostów między ciałem, emocją i układem nerwowym.

Pranajama nie służy wyłącznie temu, żeby przez chwilę poczuć się lepiej.

Jej głębszym celem jest stopniowe budowanie zdolności do samoregulacji.

Do odnajdywania równowagi bez konieczności ciągłego zmieniania świata zewnętrznego.

Bo większość z nas przez całe życie próbuje regulować siebie poprzez zewnętrzne warunki.

Potrzebujemy ciszy. Odpowiednich ludzi. Odpowiedniego miejsca. Odpowiedniej sytuacji. Potrzebujemy, żeby wszystko ułożyło się po naszej myśli.

Pranajama uczy czegoś innego.

Pokazuje, że część równowagi możemy odnaleźć we własnym wnętrzu.

I właśnie dlatego jest pierwszym prawdziwym krokiem do środka.

Pratyahara – najbardziej niedoceniany element jogi.

 

I tutaj dochodzimy do jednego z najważniejszych, a jednocześnie najbardziej pomijanych elementów jogi.

Pratyahara.

Asany są popularne. Oddech staje się coraz bardziej popularny. Medytacja stała się wręcz modna.

Ale o pratyaharze mówi się niewiele.

A szkoda.

Bo mam wrażenie, że właśnie pratyahara jest jednym z najbardziej potrzebnych elementów jogi we współczesnym świecie.

Najczęściej tłumaczy się ją jako wycofanie zmysłów.

Ale jeśli rozumiemy to wyłącznie jako zamknięcie oczu i odcięcie się od świata, tracimy jej głębię.

Pratyahara nie jest ucieczką od rzeczywistości.

Jest odzyskiwaniem wolności wobec rzeczywistości.

Na pierwszym poziomie jest to praca z uwagą.

Zaczynamy zauważać, jak bardzo jesteśmy zależni od bodźców.

Telefon dzwoni — sięgamy.
Przychodzi wiadomość — sprawdzamy.
Pojawia się myśl — podążamy za nią.
Pojawia się emocja — natychmiast reagujemy.
Ktoś coś powie — od razu odpowiadamy.

Żyjemy tak, jakby każdy bodziec miał prawo kierować naszym życiem.

Pratyahara jest pierwszym momentem, w którym zaczynamy to dostrzegać.

I odzyskiwać wybór.

Nie muszę podążać za każdą myślą. Nie muszę reagować na każdy impuls. Nie muszę wykonywać wszystkiego, co podpowiada mi umysł.

To pierwszy poziom pratyahary: praca z uwagą.

Ale istnieje też drugi poziom.

Znacznie głębszy.

Z czasem pratyahara przestaje być praktyką na macie. Staje się praktyką życia.

Coraz wyraźniej widzimy, co nam służy, a co nam nie służy.

Które relacje nas karmią.
Które nas wyczerpują.
Które nawyki budują życie.
Które zabierają energię.
Które aktywności naprawdę regenerują.
A które jedynie chwilowo odwracają uwagę od problemu.

Wtedy praktyka jogi zaczyna wychodzić poza salę.

Zaczyna obejmować całe życie.

I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwe porządkowanie.

Mniej chaosu. Mniej hałasu. Mniej niepotrzebnych zobowiązań. Czasem trudne decyzje. Czasem postawienie granic. Czasem zakończenie relacji albo zmiana sposobu życia.

Bo nie wszystko, co przyciąga naszą uwagę, zasługuje na naszą uwagę.

Nie wszystko, co jest głośne, jest ważne.

Nie wszystko, co daje natychmiastową przyjemność, służy nam w dłuższej perspektywie.

Dlatego pratyahara jest sztuką odzyskiwania energii.

Wycofywania jej z miejsc, które ją pochłaniają, i kierowania tam, gdzie naprawdę chcemy żyć.

Współczesna psychologia uwagi i badania nad medytacją pokazują, że trening uważności wiąże się między innymi z procesami kontroli uwagi, regulacji emocji i samoświadomości. W języku jogi można powiedzieć: pratyahara, dharana i dhyana opisują kolejne etapy coraz bardziej świadomej relacji z własnym doświadczeniem.

Dharana – koncentracja staje się możliwa.

 

Dopiero po pratyaharze pojawia się dharana.

I to jest niezwykle ważne.

Bo większość ludzi próbuje osiągnąć koncentrację znacznie za wcześnie.

Mówimy:

Nie potrafię się skupić.
Nie umiem medytować.
Mój umysł ciągle ucieka.
Nie umiem utrzymać uwagi.

I myślimy, że problem tkwi w słabej koncentracji.

Tymczasem bardzo często próbujemy skoncentrować uwagę w życiu, które każdego dnia tę uwagę rozprasza.

Próbujemy budować skupienie na fundamencie chaosu.

Dlatego dharana pojawia się dopiero po pratyaharze.

Kiedy uczymy się nie podążać za każdym bodźcem, kiedy odzyskujemy część energii, kiedy porządkujemy życie i uwagę — koncentracja zaczyna pojawiać się bardziej naturalnie.

Dharana nie jest zaciskaniem umysłu.

Nie jest przemocą wobec siebie.

Nie jest walką z rozproszeniem.

To raczej sztuka powracania.

Patrzę na płomień świecy.

Umysł odpływa.

Zauważam.

Wracam.

Znowu odpływa.

Znowu wracam.

I właśnie to jest praktyka.

Nie idealne skupienie.

Powracanie.

W pewnym sensie dharana jest treningiem wolności.

Po raz pierwszy zaczynamy zauważać, że możemy kierować uwagą świadomie, a nie tylko podążać za tym, co jest najbardziej głośne, atrakcyjne albo niepokojące.

A przecież właśnie to dzieje się dziś niemal bez przerwy.

Nasza uwaga jest przechwytywana przez reklamy, telefony, media społecznościowe, wiadomości, lęki, wspomnienia i plany.

Dlatego dharana jest dziś czymś więcej niż praktyką jogi.

Jest aktem odzyskiwania własnego życia.

Bo tam, gdzie kierujemy uwagę, kierujemy energię.

A tam, gdzie kierujemy energię, zaczynamy budować swoje życie.

Dhyana – medytacja nie jest techniką do wykonania.

 

Wielu ludzi mówi:

Próbowałam medytować, ale to nie dla mnie.
Nie umiem wyłączyć myśli.
Mój umysł jest zbyt niespokojny.
Nie potrafię się skupić.

I bardzo często problem nie jest tam, gdzie nam się wydaje.

Bo medytacja nie jest techniką uspokajania umysłu.

Nie jest sposobem na pozbycie się myśli.

Nie jest próbą osiągnięcia wyjątkowego stanu.

Dhyana nie jest czymś, co robimy siłą.

Dhyana jest czymś, co zaczyna się wydarzać.

To ogromna różnica.

Większość ludzi siada do medytacji jak do kolejnego zadania.

Teraz będę medytować.
Teraz się uspokoję.
Teraz wyciszę umysł.
Teraz pozbędę się myśli.

I bardzo szybko pojawia się frustracja.

Bo umysł robi dokładnie to, co robił wcześniej.

Myśli. Wspomina. Planuje. Martwi się. Ocenia. Porównuje.

Człowiek dochodzi do wniosku, że robi coś źle.

Tymczasem często po prostu po raz pierwszy naprawdę zobaczył swój umysł.

Medytacja nie tworzy chaosu.

Ona go ujawnia.

To trochę tak, jakby ktoś przez całe życie mieszkał obok ruchliwej ulicy, ale nigdy świadomie jej nie słuchał. Aż pewnego dnia zatrzymał się i usłyszał cały hałas.

Hałas nie pojawił się w tym momencie.

On był tam od dawna.

Podobnie jest z umysłem.

Dlatego tak wiele osób uważa, że medytacja im nie wychodzi. Oczekują efektu końcowego bez przejścia całej drogi.

Chcemy ciszy, ale nie chcemy porządkować życia.
Chcemy skupienia, ale nie chcemy pracować z uwagą.
Chcemy spokoju, ale nie chcemy zobaczyć tego, co nas niepokoi.
Chcemy medytować, ale często pomijamy pratyaharę i dharanę.

A klasyczna joga mówi bardzo jasno:

nie zaczynaj od końca.

Najpierw fundament. Potem ściany. Potem dach.

Co na ten temat mówi współczesna nauka?

 

Współczesne badania nad medytacją i uważnością opisują coś, co joga intuicyjnie rozumiała od dawna: praktyka uwagi nie jest tylko „relaksem”. Dotyczy sposobu działania mózgu, regulacji emocji, samoświadomości i relacji z bodźcami.

Przeglądy badań wskazują, że praktyki uważności mogą wspierać regulację emocji, redukcję objawów stresu i większą odporność psychiczną. Mechanizmy często opisywane w literaturze to kontrola uwagi, samoświadomość i zmiana relacji z własnymi myślami oraz emocjami.

Badania nad medytacją zwracają również uwagę na aktywność tak zwanej sieci domyślnej mózgu, związanej między innymi z błądzeniem myślami, narracją o sobie i spontaniczną aktywnością umysłu. Część badań sugeruje, że doświadczenie medytacyjne wiąże się ze zmianami w aktywności i łączności tej sieci, co może pomagać lepiej rozumieć, dlaczego praktyka uwagi wpływa na sposób, w jaki przeżywamy własne myśli.

To nie znaczy, że joga i medytacja są prostym „lekiem na wszystko”. Nie są. Nie każda praktyka działa tak samo na każdego człowieka. Nie każda osoba powinna zaczynać od intensywnych technik. U osób z dużym przeciążeniem, traumą lub silnym lękiem praca z ciałem, oddechem i uwagą powinna być prowadzona uważnie i stopniowo.

Ale współczesna nauka coraz wyraźniej pokazuje coś, co dla jogi było oczywiste: ciało, oddech, uwaga, emocje i układ nerwowy są częścią jednej całości.

I właśnie dlatego joga wewnętrzna — antaranga — jest dziś tak ważna.

Dlaczego sama joga często nie wystarcza?

A właściwie: dlaczego sama asana często nie wystarcza?

Bo ciało jest tylko jednym z poziomów naszego doświadczenia.

Można mieć sprawne ciało i nadal żyć w chaosie.
Można być elastycznym i nadal nie umieć odpoczywać.
Można praktykować asany i nadal automatycznie reagować na te same bodźce.
Można dobrze oddychać, ale nie umieć pozostać przy sobie w trudnym momencie.

Nie chodzi o to, żeby umniejszać asany.

Przeciwnie.

Asana jest niezwykle cenna.

Ale asana miała prowadzić dalej.

Do oddechu.
Do pratyahary.
Do dharany.
Do medytacji.
Do coraz większej wolności wobec własnych automatyzmów.

Joga wewnętrzna zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy traktować jogę jako ćwiczenia, a zaczynamy widzieć w niej drogę poznawania siebie.

Nie tylko przez ciało.

Ale przez uwagę.

Przez oddech.

Przez sposób, w jaki reagujemy.

Przez to, co przyciąga naszą energię.

Przez to, od czego nie umiemy się uwolnić.

Przez to, czego nie chcemy poczuć.

I przez to, do czego ciągle wracamy.

Antaranga jako praktyka naszych czasów

Mam wrażenie, że antaranga — joga wewnętrzna — może stać się jedną z najważniejszych praktyk współczesnego człowieka.

Nie dlatego, że jest nowa.

Właśnie dlatego, że jest bardzo stara.

Bo dzisiejszy człowiek nie cierpi wyłącznie z powodu braku ruchu.

Cierpi również z powodu nadmiaru bodźców, rozproszenia, zmęczenia uwagi i utraty kontaktu ze sobą.

Potrzebujemy praktyk, które nie tylko rozciągają ciało, ale uczą nas pozostawania przy własnym doświadczeniu.

Potrzebujemy praktyk, które nie uciekają od emocji, ale uczą je obserwować.

Potrzebujemy praktyk, które nie obiecują natychmiastowego spokoju, ale pokazują drogę do bardziej świadomego życia.

Właśnie tym jest dla mnie antaranga.

Nie kolejną techniką.

Nie modnym słowem.

Nie egzotycznym dodatkiem do jogi.

Ale powrotem do tego, co w jodze najgłębsze.

Być może problem nie polega na tym, że nie umiemy medytować.

Być może próbujemy zacząć od końca drogi.

Być może za szybko chcemy ciszy, a za mało uczymy się porządkować życie. Za szybko chcemy skupienia, a za mało pracujemy z uwagą. Za szybko chcemy spokoju, a za mało chcemy zobaczyć to, co ten spokój nam odbiera.

Klasyczna joga nie prowadzi nas od jednej techniki do drugiej.

Prowadzi nas coraz bliżej siebie.

I być może właśnie dlatego warto przechodzić tę drogę po kolei.

Bo medytacja nie jest kolejnym miejscem, do którego trzeba dojść.

Jest tym, co czasem pozostaje, kiedy na chwilę przestajemy uciekać od własnego doświadczenia.

Tagi wpisu